Blog > Komentarze do wpisu
Moja osoba lubi to.


"Niech żyje wojna" to spektakl nonszalancki, ewidentnie niezrobiony w Warszawie i ewidentnie mówiący teatralnej stolicy, zupełnie jak Marusia w finałowym monologu, "daj se siana".  Moja osoba lubi to! Ohydne, nonszalanckie i beztroskie. Nie zawsze łatwo prześledzić, co się dzieje, a dzieje się bardzo dużo, leci dużo dymu: to płoną na stosie wszystkie białe bluzki i przepocone krawaciki na gumkach z akademii ku czci tego i tamtego. Autorzy wykręcają na nice  latami uklepywane mity i klechdy polskie, kreślą na nich swastyki i dopiski "chuj", a Matce Polce, płaczącej z pniem brzozy w ramionach, podciągają halkę i domalowują wąsy.

Pada bardzo dużo słów, częściowo po polsku, częściowo po śląsku, częściowo, z perspektywy widza w ostatnim rzędzie, po niesłyszalnemu; tekst sypie się z aktorów jak miał z niszczarki dokumentów, obfity, gęsty, chaotyczny i błyskotliwy; w czytaniu wydawał mi się nudny; dopiero na spektaklu zrozumiałam, że jest "zszyty" z aktorami na poziomie komórkowym; działa dopiero oprawiony w ich ciała i sekwencje gestów, ale za to brawurowo.
Widać że próby nie odbywały się od 14 do 15.30, bo o 16 były zdjęcia do "Miłość na przełaj", maszyneria tego przedstawienia działa jak wieloosobowy mecz pingponga na czas.

Wokół setki parujących, siedzących jedna na drugiej osób; WST to rozrywka dla prawdziwych pasjonatów; dzięki wysokiej kumulacji widza na metr kwadratowy widowisko przybiera, a może wręcz traci na intensywności:  pani przede mną odbiera esemes z salonu piękności, a pan obok przegląda mapę miasta na iphonie,  a tymczasem na scenie strzały, techno ad1998, dym, huk, szczekający starszy mężczyzna, charakterystyczna jazgocząca kobieta typu polskiego w bluzie dresowej narzuconej na fartuch i ospowaty młodzianin zwierzający się z historii pewnego sernika, Michał Żebrowski, mówiąca po śląsku kobieta przebrana za Murzyna (z nonszalancją, której nie powstydziliby się twórcy "Klątwy doliny węży"), gruby starszy pan szczeka, zezowata hrabina Koniecpolska je jajka nożem i widelcem i pije espresso z rodowej filiżanki- plejada postaci jak z Monthy Pythona lub, jeśli ktoś woli rodzime odniesienia kulturowe, z Synthetica.  
W myśl jednak zasady, że każde niezakończone w porę łaskotki zamieniają się w tortury,
po jakiejś godzinie spektakl okazuje się nadal bardzo interesujący, ale niezmiernie wprost długi i z każdą minutą coraz dłuższy.

Dla mnie "Niech żyje wojna" mówi przede wszystkim o tym, że nigdy nie mogłaby powstać w Warszawie. Jest nieskorumpowana i wolna, można się zgadzać lub nie zgadzać, można się irytować czy obrażać, można, wreszcie, w pewnym momencie być zmęczonym niekończącymi się gagami (a jest to raczej poślizg na krwi miesięcznej niż skórce od banana).
Ale trzeba twórcom przyznać, że w tutaj to wszyscy dużo bardziej lubią torty z nazwisk i okulary ray ban zerówki i nie mają czasu robić takich sztuk, bo owijają się właśnie szalikiem ze sromme de garcon!

Podsumowanie dla osób nielubiących czytać: bardzo męczące, ale interesujące, proszę cofnąć się w czasie do wczoraj i sobie na to pójść.

wtorek, 05 kwietnia 2011, dorota_maslowska

Polecane wpisy