Blog > Komentarze do wpisu


Trudno powiedzieć coś wiążącego o spektaklu "Babel", bez uprzedniego zaznaczenia, że jest on wtórny wobec "Oczyszczonych". Jeśli udałoby mi się kiedyś wyrzucić "Oczyszczonych" z pamięci, a nie jest to możliwe, gdyż to nietypowe wspomnienie kąpieli w pienistych wymiotach okazuje się trudne do wywabienia, to "Babel" wydawałby mi się oryginalnym, sugestywnym, może nieco drażniącym, ale przynajmniej dobrze wyprodukowanym przedstawieniem, z rozmachem zagranym, z rozmachem zinscenizowanym i pod względem estetycznym miejscami po prostu pięknym. Jednocześnie przeniesiona w całości z Warlikowskiego, jakby wręcz hurtem i metodą "zaznacz wszystko- wytnij-wklej"  poetyka nagiego ciała na szpitalnym łóżku, wodnistych plumknięć i tajemniczych podszeptów sprawia, że do całego szeregu zalet tego przedstawienia nie można dodać słowa "innowacyjny". Drzwi wyważane przez Maję Kleczewską są tu raczej otwarte.

Jeśli jednak z "Oczyszczonych" wyszłam całkowicie zanieczyszczona i zniesmaczona, to "Babel" broni się dla mnie poczuciem humoru. Owszem, długie sekwencje bełkotliwych rozważań i językowych mielizn ponurej Elfriede są przynudne, zaraz jednak pojawia się mężczyzna przebrany za kobietę z wielką piłką i organizuje naprędce "Szkołę rodzenia" genialnie naśladując zeszmacony, buddyjsko-wegetariańsko-newageowy dyskurs relaksu i duchowego ukojenia. O ile ze scen szamotanin i wizji jedzenia smażonego penisa nie trawię, to już pijana pani kupująca swemu synowi marynarskie majteczki jest cudownie zabawna: na mnie sposób pisania Jelinek działa jak rytmiczne bicie trzonkiem siekiery po głowie i nagłe absurdy, pojawiające się w tych egzaltowanych bagnach i mrokach, na zasadzie "a teraz z zupełnie innej beczki", to jedyne momenty, kiedy ta literatura w ogóle działa.

A przedziwne kostiumy i cytaty westymentarne sprytnie osadzają sztukę w polskim kontekście
i ogląda się to miejscami  jak spotworniały, nakręcony przez Davida Lyncha vhs z wesela czy chrzcin.

I nie wiem, nie wiem, chciałabym się dowiedzieć, dlaczego, kiedy już po tych niełatwych dwóch godzinach obcowania z brutalnym i męczącym tekstem, z żalem, ale i utęsknieniem czeka się na koniec, na scenie pojawia się to nieboskie stworzenie, Sebastian Pawlak, ze swoim recitalem. Poświęciłam mu krótki niezależny esej, który zamieszczam poniżej.

Dorota Masłowska

 


"Dlaczego, jeśli będę kiedyś występować w Wielkiej Grze i padnie pytanie, kto jest najgorszym artystą na świecie, odpowiem bez wahania: Sebastian Pawlak i będzie to prawidłowa odpowiedź"

Sebastian Pawlak uprawia coś w rodzaju autorskiej piosenki aktorskiej. Posługując się środkami wokalnymi, których używali też Michał Bajor, Edyta Geppert i inni uczestnicy Przeglądu Piosenki Aktorskiej w 1992, wyśpiewuje skomponowane przez siebie teksty o tematyce i stylistyce zupełnie wywrotowej. Skojarzenia o błyskotliwości prawdziwie butaprenicznej, nie wychodzącej nigdy daleko poza rejon "kupa-dupa- dmuchaj mnie dmuchaj", trudny do opisania literacki koszmar. Już na tym poziomie zaznaczam: jeśli jest to pewna prowokacyjna stylizacja, jest tak słaba, nieśmieszna i nieinteligentna, że budzi tylko odrazę. Towarzyszy temu nadekspresja, przerysowanie mimiczne i ruchowe,  aktor na naszych oczach kula upiorną bajaderę tego widowiska z elementów tańca na rurze, tańca brzucha, baletu, spazmu i orgazmu. Jeśli w jego zamierzeniu ma to być psychodeliczne, to psychodeliczny jest wyłącznie dysonans pomiędzy jego zaangażowaniem w wykonywany utwór a publicznością uciekającą całymi rzędami. Wreszcie, w kulminacyjnym momencie, nasz niezwykły prowokator zwleka  z tyłka pokaźnego pampersa,w którym dotychczas fikał i, tu drżyjcie, mieszczańscy obłudnicy, bo czeka was szok!, w środku jest krew i kał.
Oj chyba nie pójdziecie dziś na pączki do Bliklego! Sebastian Pawlak zostaje w samych narządach płciowych, które okręcił sobie lasotaśmą, pośladki ma brudne od wspomnianych wcześniej wydzielin, chcieliście to macie! Brudną pieluchę umieszcza na mikrofonie i przytula twarz do znaczącej ją sztucznej kaki, jednocześnie tocząc całkowicie prawdziwą kakę słowną za pomocą swojego aparatu mowy.

Myślę, że mimo wszystko człowiek ma w sobie element boskości, świętości i zobowiązany jest
z tego względu wobec siebie do elementarnej, elementarnej szczypty godności. Widowisko, którego byłam świadkiem, uważam nie za uwłaczające dobremu smakowi, lecz człowieczeństwu. Twórczość Pawlaka uważam  za po prostu satanistycznie, podkreślam, satanistycznie durną. Niniejszym zabraniam mu występowania w pomieszczeniach, miastach, krajach, światach i galaktykach, w których się znajduję.

piątek, 08 kwietnia 2011, dorota_maslowska

Polecane wpisy

Komentarze
strwerter
2011/04/10 13:19:56
jedyna konkretna i szczera recenzja jaką udało mi się przeczytać od momentu powstania tego dzieła i nie jest to wyłącznie moja opinia
-
2011/05/06 11:17:25
Teraz temu Panu pozostaje zmiana nazwiska np. na Szpiccc lub Gałgan-Pieluchowski lub Kuku-Kałkowski albo transgresja albo wyjazd do Londynu albo zmiana płci albo maska lub przeróbki...Wielka jest moc słowa...Słowo-niszczyciel-zabójca - pif-paf...Ja bym się popłakała i zamieszkała w kreciej norce (bez żadnych jaskółek). I w życiu nigdzie bym już nie włożyła pieluchy ani skrzydeł anioła ani czapki górnika. Szukałabym środków wyrażania siebie po omacku, ale bez doardców i kreatorów. A gdybym już ich nie znalazła? To nie wiem.