Blog > Komentarze do wpisu
W pewien sposób dobry wieczór.

 

Zwlekam z odpaleniem mojego bloga; z pewnością byłoby mi łatwiej tę inaugurację przeprowadzić, gdyby "Mesjasz", na którym byłam w sobotę, powalił mnie na  kolana; jednak były to kolana dość umiarkowane.
Gdzieś w materiałach promocyjnych przeczytałam nazwę "Projekt Mesjasz", wydaje mi się ona bardziej adekwatna, bo "Mesjasz" to jednak trochę, nie ukrywajmy, "Projekt Mesjasz 008 2010", czy też "Projekt Mesjasz. Reaktywacja." albo po prostu "Projekt Mesjasz. Wojna jest w każdym z nas."  Może to moja osobista paranoja i alergia, ale po prostu rzadko zachłystuję się rzeczami z tematem tak ewidentnie wykoncypowanym, wymyślonym, wyciągniętym z tej charakterystycznej grubo ciosanej szuflady "a gdyby tak zrobić sztukę o....?"; wydaje mi się że widać ten szacher-macher, pomieszanie  kolejności procesu twórczego; temat nie rzuca się na twórcę, ale twórca na temat. A raczej wrzuca go do Windows Drama Superwriter 100, ustawia parametry: dramat, 100 000 znaków, temat: zaginione opus magnum Brunona Schulza, data ukończenia: 10 września, charakter: współczesny. Przez co przedstawienie nosi tę charakterystyczną zmazę atrakcyjnej akademii za pieniądze z fundacji polsko-niemieckie pożądanie, żelazisty posmaczek "projektu" z dotacją.
Spektakl jest sprawny i atrakcyjnie zrobiony, ładny wizualnie; obsesyjnie kręcąca się płyta sceny, wirujące po niej bezgłowe pomniki rozstrzeliwującego i rozstrzeliwanego,  to bezustanne rozstrzeliwanie nadaje przedstawieniu jakiś deliryczny rytm i ogląda się to wszystko gładko i bezboleśnie.
Zespół aktorski wiedeńskiego Schauspielhaus obfitujący w tak zwanych aktorów charakterystycznych albo przynajmniej dobrze ucharakteryzowanych na charakterystycznych, ale przede wszystkim bardzo sprawnych i bystrych, również sprawia widzowi dużo przyjemności.  
By nieco zamaskować jesiennymi liśćmi niemożność powiedzenia niczego na temat zadeklarowany, autorzy wystosowują parę przydługich wycieczek w kierunku polityki kulturalnej Polski za granicą i obłudnych artystów, którzy chcą mówić o wojnie, nie mówiąc o wojnie i psst, psst, nazistach.  
Momentami spektakl jest śmieszny, ale nieco mniej niż sądzi zarykująca się z każdego gagu publiczność.Jestem gorącą fanką Landaua, postaci rodem z South Parku (jestem postacią porywającą i nietuzinkową!- deklaruje tenże zza wywiniętej na podszewkę w świetle reflektorów twarzy, wykonując sieg-haile  każdym wyszczerzonym zębem i komórką ciała). 
Zastanawiam się jednak czy jego paranoiczna śmieszność nie pochodzi z tego samego rozdzielnika co śmieszność Herr Flicka z Allo Allo, gdy Helga całuje go w fabrycznie zesztywniałe usta. 
W moim odczuciu jednak z braku pewnego laku ośrodek ciężkości spektaklu niebezpiecznie na niej zawisł (bo jest śmieszna) i jeszcze na scenach, w których aktor grający Brunona Schulza wykazuje się imponującą zdolnością poruszania jednym okiem niezależnie od drugiego.

Niezachwycające, ale interesujące.

niedziela, 03 kwietnia 2011, dorota_maslowska

Polecane wpisy