| < Wrzesień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Kategorie: Wszystkie | O autorce | Wpisy
RSS
środa, 20 kwietnia 2011
uwaga, coś mi się podobało

 

Tych, którzy próbują zdewaluować moje jadowite połajanki twierdząc, że łajam wszystko techniką "jak popadnie", chciałam jeszcze bardziej przekonać, że w niczym nie miałam racji, skrytykowane przeze mnie przedstawienia są tak naprawdę b.głębokie i re-we-la-cyj-ne,  a także ostatecznie się wystawić i zdemaskować  swój jarmarczny gust: w piątek byłam na "Lalce" Teatru Muzycznego w Gdyni i podobało mi się bardzo.

Oczywiście jest to po prostu bardzo dobry pop i jeśli twórcy ryzykowali, to na pewno nie szokującymi treściami od lat 45 - bo o tym przedstawieniu "Wieczór subwersywny" z pewnością nie napisze. Co jest odważne, to ewentualnie jego rozmach- "Lalka" to ponad trzy godziny cyrkowych niemal wyczynów ogromnego i niezwykle sprawnego zespołu, monumentalna, rozpędzona, wysokobudżetowa maszyneria aktorska, scenograficzna i muzyczna.  I bardzo się cieszę, że została zaprzężona ona do rozczytania "Lalki"; nie będzie to szczególnie odkrywcze, gdy napiszę, że pod bidnym, złachanym płaszczykiem lektury obowiązkowej dla liceów i techników (Stanisław Wokulski- charakterystyka postaci), kryje się tam kawał wspaniałej światowej klasy literatury; bardzo się cieszę, widząc ją we współczesnej oprawie.

Jednocześnie - dzięki Bogu - jest to oprawa ciągle raczej rogowa i ebonitowa niż PCV : nie przeniesiono akcji w kosmos, a Wokulski nie wraca z wojny w Afganistanie, by założyć na Krakowskim Przedmieściu sklep z pokrowcami na Iphony. Stosunkowo nowe mechanizmy teatralne zostały bardzo nienachalnie i ze smakiem zaprzężone do oddawania poszumu starej płyty; ładne wideoprojekcje, muzyka, czasem intensywna i drapieżna, ale taka, że widz po 65 roku życia też nie ucieknie. Podstylizowanie wszystkiego na Tima Burtona: przerysowane makijaże, mimika, gestykulacja, nogi aktorów rozjeżdżające się jak w kreskówce i inne sztuczki dały musicalowi baśniowy oddech i wymanewrowały go ze ślepej uliczki ponurego spektaklu realistyczno-historycznego.

No właśnie: przedstawienie Wojciecha Kościelniaka wydało mi się krzepiąco demokratyczne. Można na nie pójść z matką, kochanką, profesorem, doktorem i absolwentem nauczania początkowego; ogląda się je z nieskomplikowaną, dziecięcą, szczerą przyjemnością, jest na tyle wielopłaszczyznowe i atrakcyjne, że nikt nie wyjdzie głodny, nikt nie wyjdzie ograbiony, a rozliczne odwołania do Hegla, Hokelbeta i Heinego-Medina nie podzielą publiczności na 1 procent widzów rozumiejących je i 99 procent nie rozumiejących ani ich, ani niewiele poza tym. Oczywiście to teatr typu użytkowego, nie poszukującego, nie ma co porównywać, ale ta łatwość w oglądaniu, przyjemność oglądania go wydała mi się nagle wielką wartością. Jak włączenie sobie Justina Timberlake'a po spędzeniu 2 tygodni na koncercie Atari Teenage Riots lub innych przejawach piłowania piłą innej piły.

 

środa, 13 kwietnia 2011
Straszne, no i co z tego

 

Fakt, że okropieństwo tego przedstawienia jest prowokacyjne i zamierzone, wcale nie zmienia faktu, że jest to okropieństwo. Powieszenie na scenie bardzo wielu dywanów typu perskiego wcale nie pomaga. Arabi coś krzyczą, agentka Mosadu w sposób przeintelektualizowany a zarazem wulgarny daje ekspresję swojej potrzebie stosunku seksualnego, niezidentyfikowany człowiek, jakby błędny student aktorstwa, którego nikt nie zaangażował do dyplomu, szwęda się po scenie  z połacią słoniny dla sikorek w dłoni. W samym pomyśle dostrzegam wcale duży potencjał śmieszności, obrabiana ikona jest tak gumowa, że nawet gdyby zrobić "Jamesa Bonda 1:1" mogłoby być śmiesznie.  Ale ten wałbrzyski za bardzo przypomina robione przez licealistów przeróbki 'Klanu", te w których Rysiek zamiast "Bożenko, Maciusiu, toż już obiad na stole!", mówi "chodźcie dzieci chodźcie, czas zrobić tacie pałę". Przy czym domieszka dłużyzn, mielizn i passusów, w których aktor idzie z jednej strony sceny na drugą,  to porównanie czyni i tak nieco zbyt łaskawym. Wiadomo - twórcy na pewno bawili się pysznie, publiczność natomiast rozmyśla cały czas, ile wspaniałych, a przynajmniej odrobinę sensownych rzeczy mogłaby robić w tym czasie.


Spotkałam też Sebastiana Pawlaka, to bardzo sympatyczny młody człowiek w ubraniu, wiedziałam, że zawsze daję się ponieść emocjom; Sebastian mówi że wszystkie jego piosenki z "Babla", napisała Elfriede Jelinek, co w ogóle nie poprawiło tej całej sytuacji w moich oczach ani o jotę. Elfriede, weź się w garść, to że dostałaś tego Nobla nie znaczy że mają na podstawie twoich tekstów robić i pokazywać ludziom takie rzeczy.

14:12, dorota_maslowska , Wpisy
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 11 kwietnia 2011
Szelmostwa Łukasza Gajdzisa.

 

Będziecie myśleli że żartuję. Ale tytułowy Lis Witalis ukazany został jako nikt inny, ale Michael Jackson, a raczej włoski zboczeniaszek przebrany jakby za Michaela Jacksona na Dzień Wagarowicza.  Zaś na przykład Niedźwiedzie, u Brzechwy niedźwiedzie, jako ruska mafia (kufajki, gumofilce, kije bejsbolowe + akcent Janeczki z Klanu). Czy to interpretacja jeszcze brawurowa, czy już po prostu bardzo mało rozsądna?? Niech myśli kto nie ma o czym innym myśleć; nie ma to znaczenia. Bo "Szelmostwa" są tu i tak tylko bladym pretekstem do pokazu tańca Super Extra Turbo Dance Studio przy AWF, wpisującego się w ogólnonarodową fascynację fiksami w powietrzu i zakładaniem nóg za uszy. Moja córka popiskiwała z radości i ukradkiem usiłowała też zakładać to i to na tamto, cóż, jutro za karę, że jej się podobało, będzie ćwiczyć 48 godzin  "Figielki" Bizantoninioniego  na klarnecie, sprawdźcie sobie lepiej w encyklopedii kto to był.

Wracając do "Szelmostw", to rozumiem że atrakcyjność widowiska jest ważna, ale przecież nie prowadzę dziecka do teatru, żeby oglądało w nim telewizję; poza tym atrakcyjność atrakcyjnością, ale dlaczego od razu cytaty muzyczne z radia eska, aluzje tej samej klasy i  lubieżne mruganie oczkiem w najgorszym guście, sponsorowane przez klej Atlas, Morliny i Drzwiopol Prabuty, sprzedawać ludziom jako teatr? Jeśli będę prowadzić kiedyś bloga na  Augustowskim Przeglądzie Widowisk Dla Ludności, to chętnie się do tego odniosę, ale nazwa "teatr" to w tym przypadku nadużycie.

Wczoraj miałam iść na "Dynastię", ale zadzwoniono do mnie, żebym nie zbliżała się nawet do teatru, kiedy jest grana, bo doznam załamania, ale czy to prawda, czy ta osoba tak kłamała, żebym nie zobaczyła najlepszego przedstawienia na festiwalu i nie przeżyła olśnienia życia??

14:09, dorota_maslowska , Wpisy
Link Komentarze (2) »
piątek, 08 kwietnia 2011


Trudno powiedzieć coś wiążącego o spektaklu "Babel", bez uprzedniego zaznaczenia, że jest on wtórny wobec "Oczyszczonych". Jeśli udałoby mi się kiedyś wyrzucić "Oczyszczonych" z pamięci, a nie jest to możliwe, gdyż to nietypowe wspomnienie kąpieli w pienistych wymiotach okazuje się trudne do wywabienia, to "Babel" wydawałby mi się oryginalnym, sugestywnym, może nieco drażniącym, ale przynajmniej dobrze wyprodukowanym przedstawieniem, z rozmachem zagranym, z rozmachem zinscenizowanym i pod względem estetycznym miejscami po prostu pięknym. Jednocześnie przeniesiona w całości z Warlikowskiego, jakby wręcz hurtem i metodą "zaznacz wszystko- wytnij-wklej"  poetyka nagiego ciała na szpitalnym łóżku, wodnistych plumknięć i tajemniczych podszeptów sprawia, że do całego szeregu zalet tego przedstawienia nie można dodać słowa "innowacyjny". Drzwi wyważane przez Maję Kleczewską są tu raczej otwarte.

Jeśli jednak z "Oczyszczonych" wyszłam całkowicie zanieczyszczona i zniesmaczona, to "Babel" broni się dla mnie poczuciem humoru. Owszem, długie sekwencje bełkotliwych rozważań i językowych mielizn ponurej Elfriede są przynudne, zaraz jednak pojawia się mężczyzna przebrany za kobietę z wielką piłką i organizuje naprędce "Szkołę rodzenia" genialnie naśladując zeszmacony, buddyjsko-wegetariańsko-newageowy dyskurs relaksu i duchowego ukojenia. O ile ze scen szamotanin i wizji jedzenia smażonego penisa nie trawię, to już pijana pani kupująca swemu synowi marynarskie majteczki jest cudownie zabawna: na mnie sposób pisania Jelinek działa jak rytmiczne bicie trzonkiem siekiery po głowie i nagłe absurdy, pojawiające się w tych egzaltowanych bagnach i mrokach, na zasadzie "a teraz z zupełnie innej beczki", to jedyne momenty, kiedy ta literatura w ogóle działa.

A przedziwne kostiumy i cytaty westymentarne sprytnie osadzają sztukę w polskim kontekście
i ogląda się to miejscami  jak spotworniały, nakręcony przez Davida Lyncha vhs z wesela czy chrzcin.

I nie wiem, nie wiem, chciałabym się dowiedzieć, dlaczego, kiedy już po tych niełatwych dwóch godzinach obcowania z brutalnym i męczącym tekstem, z żalem, ale i utęsknieniem czeka się na koniec, na scenie pojawia się to nieboskie stworzenie, Sebastian Pawlak, ze swoim recitalem. Poświęciłam mu krótki niezależny esej, który zamieszczam poniżej.

Dorota Masłowska

 


"Dlaczego, jeśli będę kiedyś występować w Wielkiej Grze i padnie pytanie, kto jest najgorszym artystą na świecie, odpowiem bez wahania: Sebastian Pawlak i będzie to prawidłowa odpowiedź"

Sebastian Pawlak uprawia coś w rodzaju autorskiej piosenki aktorskiej. Posługując się środkami wokalnymi, których używali też Michał Bajor, Edyta Geppert i inni uczestnicy Przeglądu Piosenki Aktorskiej w 1992, wyśpiewuje skomponowane przez siebie teksty o tematyce i stylistyce zupełnie wywrotowej. Skojarzenia o błyskotliwości prawdziwie butaprenicznej, nie wychodzącej nigdy daleko poza rejon "kupa-dupa- dmuchaj mnie dmuchaj", trudny do opisania literacki koszmar. Już na tym poziomie zaznaczam: jeśli jest to pewna prowokacyjna stylizacja, jest tak słaba, nieśmieszna i nieinteligentna, że budzi tylko odrazę. Towarzyszy temu nadekspresja, przerysowanie mimiczne i ruchowe,  aktor na naszych oczach kula upiorną bajaderę tego widowiska z elementów tańca na rurze, tańca brzucha, baletu, spazmu i orgazmu. Jeśli w jego zamierzeniu ma to być psychodeliczne, to psychodeliczny jest wyłącznie dysonans pomiędzy jego zaangażowaniem w wykonywany utwór a publicznością uciekającą całymi rzędami. Wreszcie, w kulminacyjnym momencie, nasz niezwykły prowokator zwleka  z tyłka pokaźnego pampersa,w którym dotychczas fikał i, tu drżyjcie, mieszczańscy obłudnicy, bo czeka was szok!, w środku jest krew i kał.
Oj chyba nie pójdziecie dziś na pączki do Bliklego! Sebastian Pawlak zostaje w samych narządach płciowych, które okręcił sobie lasotaśmą, pośladki ma brudne od wspomnianych wcześniej wydzielin, chcieliście to macie! Brudną pieluchę umieszcza na mikrofonie i przytula twarz do znaczącej ją sztucznej kaki, jednocześnie tocząc całkowicie prawdziwą kakę słowną za pomocą swojego aparatu mowy.

Myślę, że mimo wszystko człowiek ma w sobie element boskości, świętości i zobowiązany jest
z tego względu wobec siebie do elementarnej, elementarnej szczypty godności. Widowisko, którego byłam świadkiem, uważam nie za uwłaczające dobremu smakowi, lecz człowieczeństwu. Twórczość Pawlaka uważam  za po prostu satanistycznie, podkreślam, satanistycznie durną. Niniejszym zabraniam mu występowania w pomieszczeniach, miastach, krajach, światach i galaktykach, w których się znajduję.

14:06, dorota_maslowska , Wpisy
Link Komentarze (2) »
czwartek, 07 kwietnia 2011
Cierpienia mdłego Kaspara.

 

Podejrzewam, że na temat tego spektaklu napisano już bardzo dużo w periodykach "Postmodernistyczny postkolonializm wczoraj i dziś", "Wieczór subwersywny", i wiele dyskutowano o nim w Klubie Użytkowników Czterosylabowych Wyrazów. Nie wiem, nie chcę wiedzieć. Wiem, że jak widzę taki teatr, że mi wychodzą cztery osoby i zaczynają, raz to głośniej, raz to ciszej, raz wolniej a raz szybiej powtarzać: To. Świeca. Język to język, a drzwi to drzwi. Zdanie, masz jedno zdanie., To. świeca. Człowiek. Ale. Gdybym.  Język. Zdanie to zdanie. Drzwi to prawda, ale czy. Prawda. Kłamstwo. Nie wiem, nie wiem. Gdy.  (Mogę tak w nieskończoność, gdybym chrapała, to proszę przewrócić mnie na drugi boczek), i wykonują przy tym spazmatyczne gesty, właściwe przeglądającym się w lustrze licealistom, to mi zaczyna się bardzo spieszyć.

Jednocześnie rozumiem, że jest jakaś idea w tym wszystkim i że jest pewną odwagą, jeśli nie brawurą, zrobić widowisko tak nieatrakcyjne, a wręcz przykre w odbiorze. Być może w pewnym momencie torturowany bzdurą widz doznaje jakiegoś postkolonialno-subwersywnego objawienia. Jednak nie ja jestem tym widzem. Ja jestem widzem, który chce uciekać do teatru "Kwadrat" i skrywszy się wśród wypłowiałych pluszów z woreczkiem miętusów, obejrzeć "Damy i huzary" z Wojciechem Malajkatem.

Najgorsze, że raz myślę tak, a raz tak. Kiedy zostaje się zbombardowanym trudnymi do podważania stwierdzeniami takimi jak "Jest. Kamień. Gorszy. Proszę.Ja.", to łatwo o mieszane uczucia. Czy to grafomania z piekła rodem, czy tekst dziwny, lecz piękny? Nawet Bóg powiedział kiedyś "Jestem, który jestem", z drugiej strony parę lat, a nawet parę tysięcy lat później już parafrazował go Michał Wiśniewski w telewizji Polsat. Tą poetyką posługiwał się w swych wierszach zarówno Zbigniew Herbert, jak i całe pokolenia niewydolnych psychicznie licealistów.

Jednak w połączeniu z kakafonicznymi videoprojekcjami i estetycznymi egzaltacjami (bohaterka wyjmuje z lodówki czerwony płaszczyk. Proponuję to sfilmować i sprzedać za miliard dolarów Zachęcie jako instalację mówiącą o postkolonialnej metaforyce menstruacji w Polsce po roku 89) daje to efekt dość jak dla mnie straszny.

15:00, dorota_maslowska , Wpisy
Link Komentarze (1) »
wtorek, 05 kwietnia 2011
Moja osoba lubi to.


"Niech żyje wojna" to spektakl nonszalancki, ewidentnie niezrobiony w Warszawie i ewidentnie mówiący teatralnej stolicy, zupełnie jak Marusia w finałowym monologu, "daj se siana".  Moja osoba lubi to! Ohydne, nonszalanckie i beztroskie. Nie zawsze łatwo prześledzić, co się dzieje, a dzieje się bardzo dużo, leci dużo dymu: to płoną na stosie wszystkie białe bluzki i przepocone krawaciki na gumkach z akademii ku czci tego i tamtego. Autorzy wykręcają na nice  latami uklepywane mity i klechdy polskie, kreślą na nich swastyki i dopiski "chuj", a Matce Polce, płaczącej z pniem brzozy w ramionach, podciągają halkę i domalowują wąsy.

Pada bardzo dużo słów, częściowo po polsku, częściowo po śląsku, częściowo, z perspektywy widza w ostatnim rzędzie, po niesłyszalnemu; tekst sypie się z aktorów jak miał z niszczarki dokumentów, obfity, gęsty, chaotyczny i błyskotliwy; w czytaniu wydawał mi się nudny; dopiero na spektaklu zrozumiałam, że jest "zszyty" z aktorami na poziomie komórkowym; działa dopiero oprawiony w ich ciała i sekwencje gestów, ale za to brawurowo.
Widać że próby nie odbywały się od 14 do 15.30, bo o 16 były zdjęcia do "Miłość na przełaj", maszyneria tego przedstawienia działa jak wieloosobowy mecz pingponga na czas.

Wokół setki parujących, siedzących jedna na drugiej osób; WST to rozrywka dla prawdziwych pasjonatów; dzięki wysokiej kumulacji widza na metr kwadratowy widowisko przybiera, a może wręcz traci na intensywności:  pani przede mną odbiera esemes z salonu piękności, a pan obok przegląda mapę miasta na iphonie,  a tymczasem na scenie strzały, techno ad1998, dym, huk, szczekający starszy mężczyzna, charakterystyczna jazgocząca kobieta typu polskiego w bluzie dresowej narzuconej na fartuch i ospowaty młodzianin zwierzający się z historii pewnego sernika, Michał Żebrowski, mówiąca po śląsku kobieta przebrana za Murzyna (z nonszalancją, której nie powstydziliby się twórcy "Klątwy doliny węży"), gruby starszy pan szczeka, zezowata hrabina Koniecpolska je jajka nożem i widelcem i pije espresso z rodowej filiżanki- plejada postaci jak z Monthy Pythona lub, jeśli ktoś woli rodzime odniesienia kulturowe, z Synthetica.  
W myśl jednak zasady, że każde niezakończone w porę łaskotki zamieniają się w tortury,
po jakiejś godzinie spektakl okazuje się nadal bardzo interesujący, ale niezmiernie wprost długi i z każdą minutą coraz dłuższy.

Dla mnie "Niech żyje wojna" mówi przede wszystkim o tym, że nigdy nie mogłaby powstać w Warszawie. Jest nieskorumpowana i wolna, można się zgadzać lub nie zgadzać, można się irytować czy obrażać, można, wreszcie, w pewnym momencie być zmęczonym niekończącymi się gagami (a jest to raczej poślizg na krwi miesięcznej niż skórce od banana).
Ale trzeba twórcom przyznać, że w tutaj to wszyscy dużo bardziej lubią torty z nazwisk i okulary ray ban zerówki i nie mają czasu robić takich sztuk, bo owijają się właśnie szalikiem ze sromme de garcon!

Podsumowanie dla osób nielubiących czytać: bardzo męczące, ale interesujące, proszę cofnąć się w czasie do wczoraj i sobie na to pójść.

21:55, dorota_maslowska , Wpisy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 kwietnia 2011
W pewien sposób dobry wieczór.

 

Zwlekam z odpaleniem mojego bloga; z pewnością byłoby mi łatwiej tę inaugurację przeprowadzić, gdyby "Mesjasz", na którym byłam w sobotę, powalił mnie na  kolana; jednak były to kolana dość umiarkowane.
Gdzieś w materiałach promocyjnych przeczytałam nazwę "Projekt Mesjasz", wydaje mi się ona bardziej adekwatna, bo "Mesjasz" to jednak trochę, nie ukrywajmy, "Projekt Mesjasz 008 2010", czy też "Projekt Mesjasz. Reaktywacja." albo po prostu "Projekt Mesjasz. Wojna jest w każdym z nas."  Może to moja osobista paranoja i alergia, ale po prostu rzadko zachłystuję się rzeczami z tematem tak ewidentnie wykoncypowanym, wymyślonym, wyciągniętym z tej charakterystycznej grubo ciosanej szuflady "a gdyby tak zrobić sztukę o....?"; wydaje mi się że widać ten szacher-macher, pomieszanie  kolejności procesu twórczego; temat nie rzuca się na twórcę, ale twórca na temat. A raczej wrzuca go do Windows Drama Superwriter 100, ustawia parametry: dramat, 100 000 znaków, temat: zaginione opus magnum Brunona Schulza, data ukończenia: 10 września, charakter: współczesny. Przez co przedstawienie nosi tę charakterystyczną zmazę atrakcyjnej akademii za pieniądze z fundacji polsko-niemieckie pożądanie, żelazisty posmaczek "projektu" z dotacją.
Spektakl jest sprawny i atrakcyjnie zrobiony, ładny wizualnie; obsesyjnie kręcąca się płyta sceny, wirujące po niej bezgłowe pomniki rozstrzeliwującego i rozstrzeliwanego,  to bezustanne rozstrzeliwanie nadaje przedstawieniu jakiś deliryczny rytm i ogląda się to wszystko gładko i bezboleśnie.
Zespół aktorski wiedeńskiego Schauspielhaus obfitujący w tak zwanych aktorów charakterystycznych albo przynajmniej dobrze ucharakteryzowanych na charakterystycznych, ale przede wszystkim bardzo sprawnych i bystrych, również sprawia widzowi dużo przyjemności.  
By nieco zamaskować jesiennymi liśćmi niemożność powiedzenia niczego na temat zadeklarowany, autorzy wystosowują parę przydługich wycieczek w kierunku polityki kulturalnej Polski za granicą i obłudnych artystów, którzy chcą mówić o wojnie, nie mówiąc o wojnie i psst, psst, nazistach.  
Momentami spektakl jest śmieszny, ale nieco mniej niż sądzi zarykująca się z każdego gagu publiczność.Jestem gorącą fanką Landaua, postaci rodem z South Parku (jestem postacią porywającą i nietuzinkową!- deklaruje tenże zza wywiniętej na podszewkę w świetle reflektorów twarzy, wykonując sieg-haile  każdym wyszczerzonym zębem i komórką ciała). 
Zastanawiam się jednak czy jego paranoiczna śmieszność nie pochodzi z tego samego rozdzielnika co śmieszność Herr Flicka z Allo Allo, gdy Helga całuje go w fabrycznie zesztywniałe usta. 
W moim odczuciu jednak z braku pewnego laku ośrodek ciężkości spektaklu niebezpiecznie na niej zawisł (bo jest śmieszna) i jeszcze na scenach, w których aktor grający Brunona Schulza wykazuje się imponującą zdolnością poruszania jednym okiem niezależnie od drugiego.

Niezachwycające, ale interesujące.

23:16, dorota_maslowska , Wpisy
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 kwietnia 2010
Dorota Masłowska

Dorota Masłowska urodziła się 3 lipca 1983 roku w Wejherowie. W wieku dziewiętnastu lat, zamiast uczyć się do matury, napisała swoją pierwszą książkę p.t. Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną. Wojna... przyniosła autorce Paszport Polityki w kategorii literatura za "oryginalne spojrzenie na polską rzeczywistość oraz twórcze wykorzystanie języka pospolitego" oraz nominację do nagrody literackiej Nike. Powieść została przetłumaczona na wiele języków europejskich.

W 2005 ukazała się druga powieść Masłowskiej, Paw królowej, która znowu podzieliła krytyków. Zarzucano jej, że kipi cynizmem, epatuje brzydotą i głupotą, zraża agresywnym językiem, brakiem spójnej fabuły (Wprost), pisano też jednak, że nowa powieść nie gorzej jest napisana niż tamta, stara. I równie desperacka, i równie jadowita (Tygodnik Powszechny). Paw Królowej napisany jest rymowaną prozą stylizowaną na piosenkę hip-hopową, w której Masłowska naśladuje i parodiuje współczesną polszczyznę. Podobnie jak Wojna... Paw królowej zawiera bardzo krytyczny obraz współczesnej polskiej rzeczywistości. Książka otrzymała nagrodę literacką Nike za 2006 r.

W 2006 Masłowska opublikowała swój debiutancki dramat, Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku, który został zaprezentowany publiczności w formie próby czytanej w TR Warszawa (dawniej Teatr Rozmaitości).

31 października 2008 roku ukazał się jej najnowszy dramat pt. Między nami dobrze jest.

 

Nagrody

* Nagroda miesięcznika "Twój Styl" w konkursie Dzienniki Polek

* Paszport Polityki 2002

* Nagroda "Złote Pióro Sopotu"

* Nominacja do Nagrody Nike za 2002 (za książkę Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną) i wygrana w plebiscycie czytelników.

* Nominacja do Nagrody Pegaza w kategorii "Literatura"[3] za powieść "Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną".

* Nagroda Nike za 2006 (za książkę Paw królowej)

14:36, dorota_maslowska , O autorce
Link Dodaj komentarz »